Poczułam, że ktoś mną potrząsa.
-Wstawaj!- zawołała Konan- Już 11!
Obróciłam się twarzą do ściany i mruknęłam
-O tej godzinie zwykle w domu jeszcze śpię.
-Wstawaj bo spóźnisz się na śniadanie!
-Co?!-poderwałam się zbyt gwałtownie i spadłam z łóżka.
-Ałaj -powiedziałam masując czoło- gdzie są moje okulary?
-Tutaj- Konan podała mi je ze śmiechem
-Nie śmiej się
-Już nie obrażaj się tylko chodź na śniadanie
-Dobrze - Wyszłyśmy z pokoju i Konan zaprowadziła mnie do kuchni połączonej z jadalnią. Wszyscy już tam byli oprócz Kisame i Tobiego . Gdy usiadłam lider zapytał się co chce zjeść na śniadanie
-Niech lider pozwoli żebym sama zrobiła sobie śniadanie. Dobrze?-zapytałam i nie czekając na jego pozwolenie wstałam i podeszłam do drzwi kuchni.
-Zanim tam wejdziesz radziłbym pochylić głowę - powiedział lider zdziwiłam się ale za jego radą gdy otworzyłam drzwi pochyliłam głowę.Na szczęście, bo z kuchni wyleciał talerz, który mógłby mnie uderzyć.
-Ohayō Shōjo!-zawołał Tobi z kuchni rzucając talerzami
-Tobi mógłbyś przestać?! Chcę zrobić sobie śniadanie!-Krzyknęłam przekrzykując hałasy z kuchni.
-Hai Shōjo!
-Uffffff.-odetchnęłam wchodząc do kuchni. Od razu podeszłam do lodówki. Na szczęście było w niej mleko. Wyjęłam je i postawiłam na blacie. Potem próbowałam sięgnąć do szafki, w której były miski
Niestety jak na złość ktoś powiesił je wysoko.Próbowałam doskoczyć do nich z wyciągniętymi rękami aż udało mi się wczepić uchwytu i uwiesić się na nim. Oczywiście moje nie wyćwiczone ręce kilka sekund po tym nie wytrzymały i puściły. Spadłam na ziemię oczywiście krzycząc. Wszyscy którzy byli przy stole zaczęli się śmiać. (pragnę tu zaznaczyć, że nie zamknęłam drzwi dop. aut.) Ja zrobiłam naburmuszoną minę i skrzyżowałam ręce na piersi. Wtedy odezwał się jedyny, który się nie śmiał Kakuzu
- Kisame pomóż jej, bo nam szafki zniszczy.
-Dobra- wyszczerzył się rekin i podsadził mnie do szafki. Ja spokojnie wyjęłam stamtąd miskę i Kisame mnie odłożył.Wyjęłam z którejś szuflady łyżkę i zaniosłam to wszystko do stołu.Wlałam mleko do miski i odłożyłam je do lodówki.Odruchowo chciałam wziąć chrupki, gdy zauważyłam, że ich nie ma.
Liderze nie macie przypadkiem na zbyciu paczki chrupek?
Nie. Oczywiście, że nie.
*wzdycha* Tak jak myślałam. Jest gdzieś tu sklep?
Tak.
A od kogo mogę wziąć pieniądze?
Od Kakuzu
Dzięki liderze
-Kakuzu mogę trochę pieniędzy? Proszę.
-Nie -powiedział stanowczo
-Proszę - poprosiłam robiąc smutną minkę wyćwiczoną w domu. Wszystkim zmiękł wzrok ale Kakuzu uparty się nie zgodził.
-Nie! - Dobrze czyli czas na plan B.
- W takim razie nie jem śniadania.
-Kakuzu daj jej pieniądze.- powiedział Pain
-Ale..
-Żadnych ale tylko daj jej te pieniądze.
I wreszcie dał mi kasę.
-Ktoś pójdzie ze mną, bo nie wiem gdzie jest ten sklep i wolę nie wychodzić sama.
-Ja z tobą pójdę - odezwała się Konan
-Ok!-poszłam do pokoju ubrać się ale...
-Konan!!! -zawołałam
-Co się stało?! - wpadła do pokoju jak burza- Wszystko w porządku?
- Nie, Konan nic nie jest w porządku! Nie mam co na siebie włożyć!
-Masz rację to poważny problem. Muszę porozmawiać z liderem.
-Ja te tam idę!- Wypadłam z pokoju wściekła . No bo jak można nie pomyśleć o tak ważnej rzeczy?! Chyba trzeba być debilem do kwadratu i na dodatek chłopakiem! Można powiedzieć, że wyważyłam drzwi z buta. A raczej ze stopy.Tuż za mną weszła Konan. Lider westchnął.
-Nie masz w zwyczaju pukać prawda?
-Liderze mamy do ciebie ważną sprawę. Czemu nie mam UBRAŃ!!?!?!?!?!?-ostatnie słowo krzyknęłam uderzając rękami o blat biurka.
-Jak to nie masz? Przecież kazałem Deidarze i Sasoriemu się tym zająć. Idźcie do nich.-wybiegłam z gabinetu Paina i momentalnie się zatrzymałam.
-Konan, który to pokój?
-Na końcu korytarza po lewej
-Dzięki- i puściłam się biegiem. Do drzwi Deidary zapukałam.
-Jeśli to ty Hidan to nawet nie pukaj!- Usłyszałam głos zza drzwi
-Nie. To ja. Marysia.
-Marysia?!- słychać było kilka hałasów jakby Deidara o coś się potykał. Aż wreszcie otworzył mi drzwi. Zauważyłam, że trzyma walizkę.
-Kuso! Marysia bardzo cię przepraszam tu są twoje rzeczy-powiedział podając mi walizkę- Jeszcze raz bardzo przepraszam
-Umm... Dzięki. Deidara?
-Tak?
-Co to są za drzwi?-zapytałam pokazując na drzwi naprzeciwko jego sypialni
-To? Nic, nic, zupełnie nic, tylko schowek na miotły.- powiedział szybko
-Okej. Dzięki !- na mojej twarzy zagościł sztuczny uśmiech opanowany tak, że wygląda jak prawdziwy. Tylko moja najlepsza przyjaciółka mogła odgadnąć czy mój uśmiech jest prawdziwy czy nie.. Ale jej już nie ma. Zaginęła trzy miesiące temu. Kiedy jeszcze byłam w domu. Wróciłam do pokoju i rozpakowałam się. Na szafce nocnej ustawiłam swoją kolekcję aniołków i zdjęcie Wiki.
Jak ja za nią tęsknię.Nie mogę płakać. Nie będę płakać. Nie będę. Pierwsza łza. Potem druga. Potem trzecia, czwarta i piąta. I potem rozryczałam się jak bóbr.,, Wika na pewno wiedziałaby co robić !" -łkałam.Wtedy sprawa się rypła, bo weszła Konan.
-Co się stało?- zawołała klękając przy mnie na ziemi przytulając. Oczywiście wtedy musiał wejść Deidara niosący jeszcze jedną moją torbę.
-Zapomniałem. Tu masz.....-przerwał widząc, że płaczę-Czemu płaczesz?
-Kto płacze?- Hidan. znalazł sobie idealny moment.
-Ktoś płacze?- Kisame
- Co się dzieje?- Kakuzu. Ja go kiedyś zabiję. Wiem, że się nie da.
-Co się stało Shōjo?
- Co jest?- zapytała biała połowa Zetsu -I tak mnie to nic nie obchodzi- powiedziała czarna połowa Zetsu
- Coś się dzieje?-gdy wszedł Sasori zamknęłam oczy modląc się żeby wszyscy wyszli.
-Czemu ktoś płacze?- Itach ze swoim scharinganem wiedział po części co się dzieje
-Coś się jej stało?-wpadł Pain wystraszony i zdenerwowany.
-Czy moglibyście łaskawie STĄD WYJŚĆ?!?!?!?- krzyknęłam zdenerwowana. Nie będą mi tu wchodzić, gdy przeżywam smutne chwile. Wszyscy zaczęli powoli mrucząc kierować się do wyjścia.
~~~~~~~~
-Dzięki Konan. Już mi lepiej.
-Jesteś pewna? Jeśli tak to możemy iść na obiad.
-Dobrze.- przeszłyśmy do kuchni i wszyscy na nas czekali. O dziwo nikt nic nie powiedział. W końcu nie wytrzymałam.
-Co jest z wami ludzie? Tak po prostu jecie w ciszy? Jeśli tak to się nie dziwię, że prawie ciągle się kłócicie.- wtem usłyszałam jakiś hałas. Jakby ktoś wszedł z buta. Pain dziwnie się spiął.
-Mery, może zrobisz nam deser?-zapytał tonem nie znoszącym sprzeciwu
-Ale ja jeszcze......
-Już!-Krzyknął
-Dobra, dobra.....już idę. Tylko się nie denerwuj- mruknęłam wchodząc do kuchni. Zaczęłam robić mój specjał tartę limonkową i znowu usłyszałam kolejny hałas. Potem cisza. Wróciłam do robienia tarty. Ktoś wyszedł z pokoju z buta i szedł wściekły przez korytarz. Pomyślałam, że to Deidara ma zły dzień. Zaraz. Przecież Deidara siedział przy stole. Więc jeśli to nie on to kto? ,, Ktosiek" otworzył drzwi kopniakiem. Wzięłam się w garść i otworzyłam drzwi do kuchni.
-KTO WLAŁ MI DO SZAMPONU NIEBIESKĄ FARBĘ DO WŁOSÓW?!?!?!?!??!?!?!?!??!??!!??!?!
- Wika?
-Mery?
*********************************************************************************
Sorki za to, że dawno nie było notek, ale rok szkolny, mój internet płatał mi figle i najzwyklej w świecie nie chciało mi się. Gomenasai.
Pozdrawiam Wikę
HinataKicałka
Uwielbiam ten rozdział!!!!!!!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuńTarta limonkowa ! MNIAM!!!!!!
OdpowiedzUsuńDodawaj te notki bo się spalę ze stresu
OdpowiedzUsuńCzy ktoś zauważył, że Marysia nie zjadła śniadania? Ja zauważyłam to dopiero teraz ;c
OdpowiedzUsuń